Homilia Arcybiskupa Poznańskiego, 200. urodziny Chopina, 21 lutego 2010

Abp Stanisław Gądecki, Ażeby wieniec sławy w niezwiędły zamienić. 200. rocznica urodzin Fryderyka Chopina (Katedra Poznańska - 21.02.2010)

200 lat temu przyszedł na świat Fryderyk Franciszek Chopin.

"Roku 1810, 23 miesiąca kwietnia o godzinie trzeciej po południu przed nami proboszczem brochowskim, sprawującym obowiązki urzędnika stanu cywilnego parafii brochowskiej powiatu sochaczewskiego w departamencie warszawskim, stawili się Mikołaj Chopin, ojciec lat mający 40, w wsi Żelazowa Wola zamieszkały, i okazał nam dziecię płci męskiej, które urodziło się w domu jego w dniu 22 miesiąca lutego o godzinie szóstej wieczorem roku bieżącego, oświadczając, że jest ono spłodzone z niego i Justyny z Krzyżanowskich, liczącej lat 28, jego małżonki, i że życzeniem jego jest nadać mu dwa imiona Fryderyk Franciszek. [...] My akt niniejszy podpisaliśmy, Ksiądz Jan Duchnowski, proboszcz brochnowski, sprawujący obowiązki urzędnika stanu cywilnego, Mikołaj Chopin, ojciec". Tyle przekazuje dokument pochodzący z parafii brochowskiej pw. świętych Rocha i Jana Chrzciciela.

Sam Fryderyk, jak i jego rodzina, za poprawną datę urodzin podawali zawsze dzień 1 marca. Spór dotyczący dokładnej daty urodzin trwa do dzisiaj. Naszym dzisiejszym zadaniem nie jest jednak dochodzenie w sprawie autentycznej daty narodzin, ile raczej zastanowienie się nad tym, co z tej daty wynika. Jak człowiek, artysta i geniusz wyrósł z tego dziecka, które urodziło się 200 lat temu.

1. CZŁOWIEK

Pierwszy akt to człowiek. Podobnie jak w każdym innym przypadku - na człowieczeństwo Fryderyka zasadniczy wpływ miał jego dom rodzinny. „Środowisko, w którym Chopin ujrzał światło dzienne i rozwijał się [...] przesycone było atmosferą zgody, spokoju, pracowitości, to też owe przykłady prostoty, pobożności i delikatności pozostały dlań zawsze najdroższe i najsłodsze" (F. Liszt, Chopin, Paryż 1852; za: P. Gammond, Kompozytorzy znani i mniej znani, Warszawa 1994, 5).

Ojciec Fryderyka - zdaniem hr. Fryderyka Floriana Skarbka - „przez długoletni pobyt swój w kraju naszym, przez stosunki przyjacielskie z domami polskimi, a głównie przez ożenienie się z Polką, a stąd przez związki małżeńskie i rodzicielskie stał się rzeczywiście Polakiem i w starości swej doczekał się tej pociechy, że był powszechnie poważanym jako zasłużony nauczyciel szkół publicznych; że był kochanym od uczniów swoich i ich rodziców i że na ostatek miał syna, który głośno i wszędzie mieniąc się być Polakiem, zjednał ojczyźnie swojej tę chwałę, iż była kolebką jednego z największych geniuszów muzycznych" (F. Skarbek 1878, 9-10). 

Zazwyczaj kompozytor kojarzy nam się nieodłącznie z Żelazową Wolą. Tymczasem bardzo wcześnie, bo siedem miesięcy po urodzeniu artysty - rodzina opuściła Żelazową Wolę i przeniosła się na stałe do Warszawy, dzięki czemu to właśnie stolica stała się miejscem szlifowania tego drogocennego diamentu. Tam dzięki matce - już na przełomie czwartego i piątego roku życia - zapoznał się z  fortepianem i przed ukończeniem siódmego roku życia był już autorem kilku drobnych kompozycji.

Fryderyk - wnuk kołodzieja z Lotaryngii - wychowany w dystyngowany sposób mógł bez obawy pojawiać się w arystokratycznych pałacach Warszawy. Jako dziecko grywał u księcia Konstantego, namiestnika warszawskiego. W wieku piętnastu lat - podczas otwarcia Sejmu Królestwa Polskiego (1825) - grał przed carem Rosji, Aleksandrem I Romanowem. Kiedy 20 września 1818 roku Warszawę odwiedziła caryca Maria Fiodorowna, ofiarował jej dwa własne tańce polskie. Zwrot nastąpił po wielu latach kiedy to w Paryżu - w 1837 roku - odrzucił propozycję przyjęcia tytułu „Pierwszego pianisty Jego Cesarskiej Wysokości Cara Rosji", co zresztą zamknęło mu możliwość powrotu do Królestwa Polskiego.

W końcu i Warszawa okazała się dla jego talentu zbyt małym zaściankiem, dlatego zaczął szukać większych wyzwań za granicą; najpierw w Wiedniu a następnie w Paryżu.  

Tam wyraźniej objawiła się jego osobowość. Z jednej strony - „prawość nieposzlakowana, uczciwość, bezinteresowność, wspaniałomyślność, niezachwiane oddanie" (S. Clésinger). Z drugiej zaś - człowiek mało praktyczny: „w sprawach realnych, życiowych nie można było brać pod uwagę jego rad, bo nigdy nie widział wydarzeń w prawdziwym świetle ani nie zdawał sobie dokładnie sprawy z natury ludzkiej. Dusza jego napełniona jest wyłącznie poezją i muzyką, dlatego nie może znieść tego, co jest niezgodne z jego zapatrywaniami" (List George Sand do Wojciecha Grzymały, Nohant, czerwiec 1847).

2. ARTYSTA

Drugi akt to artysta. Powiedział ktoś całkiem dorzecznie, że rozwój naszej ludzkiej natury polega na nieustannym wysiłku przekraczania zwierzęcości tkwiącej w człowieku i wyrastania ponad nią człowieczeństwem oraz tworzeniem wartości (por. R. Ingarden, O naturze ludzkiej, w: Książeczka o człowieku, Kraków 1987, 22-25). Chopin doświadczał w sobie tego duchowego wysiłku, którego nie da się do końca zdefiniować; tej - jak pisał - „zbyt śmiałej może, ale szlachetnej chęci i myśli: utworzenia sobie nowego świata" (List do Józefa Elsnera, Paryż 14.12.1831).

Jego własna koncepcja muzyki była koncepcją szczegółu, delikatności, wyrafinowania, dlatego jego styl idealnie pasował do salonu. Głównie z tej racji właściwie wycofał się on z sal koncertowych, a co za tym idzie, stracił możliwość zarabiania większych pieniędzy. Popadł w depresję i podobnie jak inni rozważał myśl o emigracji do Ameryki, mimo iż był jednym z zamożniejszych emigrantów polskich w Paryżu. Mieszkał w eleganckim apartamencie. Miał służącego i powóz. Ubierał się w najbardziej ekskluzywnych sklepach, co on sam uważał za wyraz dobrego tonu a inni za przejaw zniewieściałości.

Przede wszystkim jednak od młodości trawiło go marzenie o ideale; poszukiwał idealnego kształtu utworu artystycznego. Niestety, podczas gdy Mozart pisał nuty podobnie jak pisze się listy, Chopin miał ogromne trudności z formułowaniem zapisu. Uchwycenie szczegółów tematu były u niego poprzedzone pasmem długich wahań i zniecierpliwienia. Niedostatecznie jasno wyrażony temat wpędzał go w rozpacz. Całymi dniami zamykał się w swoim pokoju, setki razy zmieniał jeden takt, zapisywał i wymazywał, a nazajutrz rozpoczynał wszystko od początku. Przesiadywał sześć tygodni nad jedną stronicą, aby w końcu zapisać ją tak, jak ją nakreślił w pierwszym rzucie (por. G. Sand, Dzieje mojego życia, W-wa 1968, 349-350). Był perfekcjonistą, dlatego nigdy nie uznawał żadnego utworu za ostatecznie wykończony i zwlekał w nieskończoność z wysłaniem go do wydawcy.

Siła jego promieniowania - podobnie jak każdego prawdziwego artysty - bierze się stąd, że on swoimi utworami odsyła słuchaczy do czegoś więcej, aniżeli własne życie; do metafizycznego wymiaru rzeczywistości. George Sand napisała: „Będąc śmiertelnie chory, stworzył na Majorce muzykę przywodzącą nieodparcie myśl o raju. Ale tak bardzo przywykłam go widzieć w obłokach, że nie wydaje mi się, by jego życie lub śmierć coś dla niego znaczyły. Sam dobrze nie wie, na jakiej planecie żyje". Istotnie, prawdziwa sztuka nie może nie wznosić człowieka ku Górze, skąd zstąpiła (por. Chiara Lubich, Charyzmat jedności, 432). Jeśli bowiem Bóg jest Pięknem absolutnym, to i dzieła, które wykraczają ponad współczesność, muszą mieć jakieś odniesienie do najwyższego i wiecznego Piękna, Dobra i Prawdy. Jeśli tego nie zawierają, świecą tylko pustką, epatują niczym; „piękno bez prawdy i dobra jest tylko bożkiem" (Władimir Sołowjew). Jeśli jednak piękno zawiera w sobie dobro i prawdę, wówczas w jego kształcie nie może się pojawić nic gorszącego, ponieważ także w tej dziedzinie cel nie uświęca środków.

I chociaż jest błędem utożsamianie artystycznego natchnienia z natchnieniem Duchem Świętym, to jednak: „Kiedy czytamy niektóre zdumiewające stronice literatury czy filozofii, albo pełni podziwu zbliżamy się do jakiegoś arcydzieła sztuki, czy słuchamy utworów muzycznych, które mają w sobie coś wzniosłego, odruchowo w tych przejawach geniuszu ludzkiego rozpoznajemy jakiś świetlisty odblask Ducha Bożego" (Jan Paweł II, Audiencja generalna - 12.08.1998).

Artysta bowiem przekazuje swojemu dziełu duszę ludzką, będącą odbiciem Nieba, i w dziele będącym owocem jego geniuszu, znajduje swoją drugą nieśmiertelność. Pierwszą ma w sobie, jak każdy inny człowiek urodzony na ziemi, drugą - w swoich dziełach, dzięki którym daje siebie ludzkości przez wieki. Prawdziwy artysta jest chyba najbliższy świętemu, bo jeśli święty jest kimś tak niezwykłym, że potrafi podarować światu Boga, to artysta, w pewnym sensie, daruje nam najpiękniejszą z rzeczy stworzonych na ziemi, tj. ludzką duszę (por. Chiara Lubich,  Klucz do jedności, Katowice 1989, 89).

3. GENIUSZ

Wreszcie akt trzeci, czyli geniusz. Już w Szkole Głównej Muzyki Elsner nazwał Fryderyka „geniuszem muzycznym". Istotnie wrodzony geniusz towarzyszył artyście przez całe życie, chociaż on sam, w swojej skromności, zdaje się nie przewidywać sławy przepowiadanej mu przez postronnych: „jak Mozartem Niemcy, tak Polacy mną się szczycić będą, nonsens bardzo jasny" - mówił (List do Tytusa Wojciechowskiego, 10.04.1830).

Jeśli z początku jego gra budziła krytykę, to głównie z tej racji, że brakowało mu żywiołowości ówczesnych wirtuozów. Swoimi kompozycjami wszedł na nowy teren, a kiedy tego dokonał, stał się  statyczny i - zdaniem Schumanna - dalej się już nie rozwinął. Wątpiono również w pedagogiczny walor jego dzieł: „Widziałaśże Ty - pisał Słowacki do matki - aby kto nazajutrz po rozczuleniu wielkim, przez Chopina muzykę sprawionym, stał się lepszym, piękniejszym, litośniejszym, wyrósł na bohatera?" (List Juliusza Słowackiego do matki, Paryż w lutym 1845). Nie był więc nasz wirtuoz i kompozytor wolnym od wszelkiej krytyki - co zresztą jest zgoła niemożliwe w środowisku twórców - dominantą wszakże był zachwyt.

Chopin należał do tych nielicznych artystów, którym przez całe życie towarzyszyły najwyższe uznanie i sława. „Jego gra na fortepianie ma w sobie coś tak wyłącznie jemu właściwego, a jednocześnie jest tak mistrzowska, że śmiało można go nazwać całkiem doskonałym wirtuozem; [...] Miło mi było obcować znów z prawdziwym muzykiem, nie z takimi półwirtuozami i półklasykami, którzy chcieliby w muzyce połączyć dostojeństwo cnoty z rozkoszą grzechu, lecz z takim, co ma swój własny, wyraźnie wytknięty kierunek" (List Feliksa Mendelssohna-Bartholdy do panny Hensel, Lipsk 6.10.1835). „Nikogo innego nie można z nim porównać, sam jeden błyszczy na firmamencie sztuki" (F. Liszt, Briefe, t. 8, Lipsk 1893-1905, 122-123).

Zdumiewającą sprawą jest uniwersalny wymiar jego muzyki. Utwory Chopina do dzisiaj przyjmuje się entuzjastycznie na całej kuli ziemskiej.                                                                

Polacy widzą w nim ucieleśnienie polskiego patriotyzmu, choć obecność Polski w jego muzyce pierwsi zauważyli cudzoziemcy (Heine, Schumann, Liszt, Berlioz). Zresztą po dziś dzień pozostaje on jednym z nielicznych polskich artystów rozpoznawanych przez obcokrajowców. Gdy Polska została wymazana z mapy Europy, Polacy skupili się dookoła jego muzyki, jakby wokół własnej duchowej ojczyzny. Odwoływano się do niej w momentach o szczególnej doniosłości patriotycznej. W setną rocznicę urodzin Chopina Ignacy Paderewski powiedział: "Zabraniano nam Słowackiego, Krasińskiego, Mickiewicza. Nie zabroniono nam Chopina. A jednak w Chopinie tkwi wszystko, czego nam wzbraniano: barwne kontusze, pasy złotem lite, posępne czamarki, krakowskie rogatywki, szlacheckich brzęk szabel, naszych kos chłopskich połyski, jęk piersi zranionej, bunt spętanego ducha, krzyże cmentarne, przydrożne wiejskie kościółki, modlitwy serc stroskanych, niewoli ból, wolności żal, tyranów przekleństwo i zwycięstwa radosna pieśń". Niewątpliwie, polska muzyka zawdzięcza mu więcej, niż on polskiej muzyce.

Podczas gdy nawet najwięksi artyści odbierani są w niektórych krajach z dużą rezerwą, on przemawia do serc pod każdą szerokością geograficzną; będąc najbardziej narodowym, jest jednocześnie najbardziej uniwersalnym. „Podbój każdego audytorium przez muzykę Chopina jest naprawdę czymś fenomenalnym - twierdził Rubinstein. Spotkałem się z niezrozumieniem Bacha, w pewnych środowiskach, z małym wzięciem Mozarta we Włoszech, z dziwną antypatią dla Brahmsa w krajach łacińskich, z niechęcią do Czajkowskiego we Francji, Chopin panuje wszędzie. Zawsze uderzało mnie to zjawisko, gdy grałem Mazurki w Chinach, Polonezy w Japonii, Ballady w Australii albo Afryce Południowej" (A. Rubinstein, w: K. Wierzyński, Życie Chopina, Nowy Jork 1953, 5).

Sława geniuszu - jak zwykle - miała i dla Fryderyka swoją cenę: „Z nikim poufałości, ze wszystkimi grzecznie obchodzić się muszę. Mam ludzi, co mię niby lubią, co mię malują, mizdrzą się, przymilają i cóż mi po tym, kiedy pokoju nie mam" - zwierzał się swoim bliskim (List do Jana Matuszyńskiego, 26 i 29? 12.1830).

4. ŚMIERĆ

Kruchy, delikatny, ważący 44 kilogramy, od dzieciństwa słabego zdrowia, ostatnie lata kończył wyczerpany nieustannym kaszlem, duszony gruźlicą (mukowiscydozą?).

Jak każdy inny człowiek, tak i on musiał się jakoś uporać z problemami takimi jak sens życia, samotność, choroba, śmierć, wiara, Bóg. W ślad za wielce uproszczoną opinią Ferdynanda Hoesick'a  utrwaliło się przekonanie o obojętności Chopina w sprawach wiary a nawet o jego ateizmie (por. F. Hoesick, Chopin. Życie i twórczość, Warszawa 1911; ibid., t.4., Kraków 1968, 50-51). 

Opinia ta nie odpowiada prawdzie, bo chociaż sam kompozytor nie rozwodzi się w swoich listach nad kwestią wiary, to jednak nie była mu ona obca. O Fryderyku jako o człowieku „głęboko religijnym i szczerze przyznającym się do katolicyzmu" - pisał Liszt (F. Liszt, Chopin, Kraków, 1960, 107). George Sand uważała go wręcz za człowieka „zasklepionego w katolickich dogmatach". „Z czystym sumieniem można go nazwać moralistą. [...] Poza epizodem z panią Sand życie jego było bez zarzutu. Nienawidził wszystkiego co niskie" - pisał Huneker, świetny znawca twórczości artysty (J. Huneker, Człowiek i artysta, Lwów-Kraków 1922, 38).

Do podobnych wniosków prowadzi - różnie komentowane - świadectwo ostatnich chwil pianisty, spisane przez współzałożyciela Zmartwychwstańców, ks. Aleksandra Jełowieckiego: „Zawsze słodki i miły, i dowcipem wrzący, a czuły nad miarę, zdawał się już mało należeć do ziemi. Ale niestety, o Niebie nie myślał. Miał on niewiele dobrych przyjaciół, a złych, tj. bez wiary, bardzo wielu; ci zwłaszcza byli jego czcicielami. A triumfy jego w sztuce najwnikliwszej zagłuszyły mu w sercu Ducha Św. jęki niewypowiedziane. Pobożność, którą z łona matki Polki był wyssał, była mu już tylko rodzinnym wspomnieniem. A bezbożność towarzyszów i towarzyszek jego lat ostatnich wsiąkała coraz bardziej w chwytny umysł jego i na duszy jego jak chmurą ołowianą osiadła zwątpieniem. I tylko już mocą wykwintnej przyzwoitości jego się stawało, że się nie naśmiewał głośno z rzeczy świętych, że jeszcze nie szydził.

W takim to opłakanym stanie schwyciła go śmiertelna piersiowa choroba. [...] ‘Ach rozumię cię, rzekł mi, nie chciałbym umrzeć bez Sakramentów, aby nie zasmucić Matki mojej ukochanej; ale ich przyjąć nie mogę, bo już ich nie rozumiem po twojemu.

[...] podałem Chopinowi Pana Jezusa ukrzyżowanego, składając go w milczeniu na jego dwie ręce. I z obu oczu trysnęły mu łzy. [...] wpatrując się w Pana Jezusa ukrzyżowanego, w potoku łez swoich odbył spowiedź świętą. I tak przyjął Wiatyk i Ostatnie Pomazanie, o które sam prosił. [...] I od tej chwili przemieniony łaską Bożą, owszem samym Bogiem, stał się jakoby innym człowiekiem, rzekłbym, że już świętym.

Tegoż dnia poczęło się konanie Chopina..." (Korespondencja Fryderyka Chopina, opr. B.E. Sydow, t. 2, Warszawa 1955, 318-319.320). W wieku 39 lat „biedny mój i wspaniały Chopin opuścił ten świat tak nieprzystosowany do życia pięknych dusz" (List Eugeniusza Delacroix do nieznanego adresata, Champrosay, 8.11.1849).

ZAKOŃCZENIE

Tak to - niezależnie od tego czy mamy do czynienia z geniuszem, czy ze zwykłym człowiekiem -  między narodzinami a śmiercią rozciąga się nasze życie doczesne, czyli własna pustynia duchowa. Jej obecność wydaje nam się czymś smutnym, bo nie wszyscy pokonują zwycięsko jej próby, tym niemniej jednak właśnie ona daje szansę ustalenia właściwych relacji między stworzeniem a Stwórcą. Prośmy Ducha Świętego, abyśmy przynajmniej ostatnim aktem naszego życia mogli powiedzieć, Soli Deo: „Jemu samemu będę służyć" (Łk 4,8).